czwartek, 28 listopada 2013

Rozdział II

   Mięśnie pod skórą wierzchowca wyglądały jak odlane ze stali. Silne nogi mogłyby w każdej chwili roztrzaskać czaszkę jednego ze stajennych, którzy wyprowadzali go po rampie na stały grunt. Donośne rżenie i parskanie było zapewne słychać na wszystkich padokach. Lecz największą uwagę skupiałam na maści przybysza. Jego sierść była czerwona jak krew, a na pysku odznaczała się mała gwiazda tuż na oczami. Była przestraszona, a za razem zauroczona dzikim pięknem zwierzęcia.
- Wow... - westchnęłam cicho prawie zahipnotyzowana.
- Ciekawe po co im tak narowisty koń? - zaciekawiła się moja przyjaciółka patrząc na stającego dęba ogiera. Tak teraz miałam pewność, że to ogier.
- Jak bym to wiedziała, to bym ci już dawno powiedziała. - odpowiedziałam szybko i ruszyłam w stronę grupki moich rówieśników.
- Ej! Gdzie idziesz? - zawołała za mną Camille. Widocznie jej krzyki przestraszyły wierzchowca, bo bryknął jak szalony zrywając przy okazji uwiąz. Zaczął biec w stronę dźwięków, ale na jego drodze stała przeszkoda - ja. Jedyne co zdążyłam zobaczyć to rozpędzoną masę mięśni, a później piach na który upadłam. Poczułam jak jedno z kopyt przygważdża moją lewą dłoń do ziemi i ból jak odszedł od tego miejsca. A później wszystko ucichło, a ja zemdlałam.

__________

Oj, wiem, że krótkie, ale brak jakichkolwiek pomysłów ;-;

wtorek, 26 listopada 2013

Rozdział I

   - Elliot, wstawaj... Elliot! - zaczynały docierać do mnie słowa pobudki wypowiadane, przez moją przyjaciółkę z pokoju.
- Zostaw mnie w spokoju... - mruknęłam pod nosem do Camille i przewróciłam się na drugi bok, więc byłam teraz twarzą do ściany. Za żadne skarby nie wstanę przez następną godzinę. Jest niedziela, nie mamy ani lekcji, ani treningów, a dodatkowo udało mi się dziś wywinąć z porannej wachty, na którą zapewne i tak bym zaspała.
- Ell, jeśli zaraz nie wyjdziesz z tego cholernego łóżka, nie zobaczysz jaki koń właśnie do nas przyjechał. - mówiła dziewczyna tupiąc obcasem oficerek w drewnianą podłogę ze zdenerwowania. Właśnie w tej chwili w magiczny sposób przebudziłam się do końca i usiadłam na niezbyt wygodnym materacu zwalając przy okazji kołdrę na podłogę.
- Jeśli mnie okłamujesz to dostaniesz i to porządnie! - zagroziłam z lekkim rozbawieniem, stojąc na chłodnych panelach. Przez chwilę szukałam stopą kapci, ale zrezygnowałam z nich i podeszłam do uchylonego okna. Do środka przez nie wpadało miłe, poranne powietrze i czuć było zapach siana noszący się z oddalonej zaledwie paręnaście metrów od budynku mieszkalnego stodoły. Tak jak mówiła Cama na podwórze właśnie wjeżdżał sporych rozmiarów koniowóz z logo Wyższej Szkoły Jeździeckiej w Reed Valley - białym łbem dostojnego araba z wygiętą dumnie szyją. Przed wejściem do stajni stali prawie wszyscy stajenni wraz z kilkorgiem uczniów. Po jeszcze jednym spojrzeniu na cofający pojazd odeszłam od okna. Wyciągnęłam z szafy czarne bryczesy z krótkimi lejami i zwykłą koszulkę polo o malinowym kolorze. Wystarczyło ubrać buty do jazdy i mogłam śmigać na powitanie nowego konia.
   Po drodze do stajni zaczęłam rozmyślać jakiej to rasy i umaszczenia będzie nasz nowy nabytek. W głębi serca marzyłam o pięknym, siwym holsztynie do skoków lub o lipizanerze, z którym chętnie potrenowałabym dresaż. Odkąd zaczęłam jeździć konno szkoliłam się w tych dwóch kierunkach dzięki czemu teraz tutaj jestem. Rzadko jaka dziewczyna trafia do stadniny w Reed Valley, która od parunastu lat jest także wyższą szkołą jazdy. W moim roczniku jest jedynie pięć dziewczyn na siedemnastu chłopców, którzy chyba wolą grać w polo lub gadać o wyścigach, niż zadawać się z którąś z uczennic. Dziwne, co nie? W normalnej szkole zapewne chłopcy by wręcz ganiali za dziewczętami, a tu nawet na nie spojrzą. No może oprócz Ryan'a, który zawsze coś do mnie zagada, ale nigdy ze zbytnim zainteresowaniem, z resztą z mojej strony również.
  Gdy byłyśmy już jakieś dziesięć metrów od koniowozu, który teraz zatrzymał się przed starszą częścią stajni mogłyśmy usłyszeć uderzenia kopyt o ściany przyczepy i zdenerwowane rżenie.
- Widać ktoś tu ma zły humorek. - zaśmiała się Camille patrząc na opadającą rampę.
- Ja bym się tak nie cieszyła, mógł sobie coś zrobić. - zaniepokoiłam się i to na serio. Z odgłosów dochodzących ze środka, które teraz wzmogły się można było prosto wywnioskować, że coś jest nie tak. I było... Koń, który schodził z rampy nie wyglądał na spokojnego, ani nawet okiełznanego.

***