Mięśnie pod skórą wierzchowca wyglądały jak odlane ze stali. Silne nogi mogłyby w każdej chwili roztrzaskać czaszkę jednego ze stajennych, którzy wyprowadzali go po rampie na stały grunt. Donośne rżenie i parskanie było zapewne słychać na wszystkich padokach. Lecz największą uwagę skupiałam na maści przybysza. Jego sierść była czerwona jak krew, a na pysku odznaczała się mała gwiazda tuż na oczami. Była przestraszona, a za razem zauroczona dzikim pięknem zwierzęcia.
- Wow... - westchnęłam cicho prawie zahipnotyzowana.
- Ciekawe po co im tak narowisty koń? - zaciekawiła się moja przyjaciółka patrząc na stającego dęba ogiera. Tak teraz miałam pewność, że to ogier.
- Jak bym to wiedziała, to bym ci już dawno powiedziała. - odpowiedziałam szybko i ruszyłam w stronę grupki moich rówieśników.
- Ej! Gdzie idziesz? - zawołała za mną Camille. Widocznie jej krzyki przestraszyły wierzchowca, bo bryknął jak szalony zrywając przy okazji uwiąz. Zaczął biec w stronę dźwięków, ale na jego drodze stała przeszkoda - ja. Jedyne co zdążyłam zobaczyć to rozpędzoną masę mięśni, a później piach na który upadłam. Poczułam jak jedno z kopyt przygważdża moją lewą dłoń do ziemi i ból jak odszedł od tego miejsca. A później wszystko ucichło, a ja zemdlałam.
__________
Oj, wiem, że krótkie, ale brak jakichkolwiek pomysłów ;-;
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz